|
Zdjęcie pochodzi ze strony www.climbonthe.net, udostępnił Giulio Cavalli.
A teraz są właśnie idealne warunki na wybranie się tam: świeci słońce, wiatru nie ma, morze spokojne i ani jednej chmurki na niebie. W dodatku jest poniedziałek, więc szansa spotkania kogoś na drodze drastycznie maleje. To czemu właściwie tam nie idziemy jeszcze? Ano właśnie. Jest dopiero (a może już) 10 godzina. Niech tylko Aga wróci z kibelka - zaraz się jej zapytam co ona na to. W tym czasie robię poranny obchód po plaży i po namiotach znajomych w poszukiwaniu sojuszników do szturmu urwiska. Na pierwszy ogień idą Brzózki. Niestety na moje stanowcze pytania dotyczące planów na najbliższe godziny, uzyskuję dość pokrętne i niejednoznaczne odpowiedzi Tomka. Co ta jego śpiąca kobieta zrobiła z tym człowiekiem?! Gdzie w nim ten spręż, duch walki? No nic, myślę sobie, może moja nadchodząca właśnie połówka ma lepsze nastawienie do nadmorskiego wspinania. Niestety Aga jest jeszcze zajęta suszeniem włosów i przez mokrą czuprynę nie dociera do niej powaga mojego pytania czy chce tam iść. Ok - czekam grzecznie, aż skończy poranną toaletę, tylko że ten cholerny czas nieubłagalnie płynie! No ale sam przecież nie pójdę. Wreszcie! Moja propozycja dociera do Aga-ckiej. Nawet się jej chyba podoba. Doskonale! Teraz trzeba tylko zrobić szybki przepak szpeju, żarcia i kilku najpotrzebniejszych rzeczy i w drogę. Acha i jeszcze ustalić kilka kwestii z Makarami - jak dojść, zjechać, co zabrać.
Po drodze do Gaety cały czas przeżywam jak to będzie fajnie i cudownie się tam wspinać. Wiem o klifie prawie wszystko: mam wydrukowane z netu mapki ściany i opisy dróg z wycenami wyciągów. Wiem dokładnie na co chciałbym pójść. Próbuję też ustalić z Agą już za wczasu kto który wyciąg poprowadzi, ale słyszę tylko wymijające "zobaczymy". I wreszcie docieramy na szczyt klifu. Bez problemu znajdujemy przejście przez krzaczory do miejsca skąd się rozpoczynają zjazdy do podstawy ściany. Pierwszy zjazd wygląda całkiem sympatycznie: nowiutki łańcuch, szekle - porządny stan - widać, że zadbane wszystko. No i króciutki taki jakiś, zaledwie 10m. Luksus. Szykujemy się. Za radą Makarów większy plecak ze zbędnymi betami postanawiamy zwieźć i podczepić pod II stanowisko - lepsze to niż chowanie po krzaczorach, tylko trzeba potem wykonać dodatkowy zjazd i wrócić na górę. Drugi plecaczek, mniejszy i tylko z niezbędnymi rzeczami bierzemy ze sobą. Oszpejeni i obuci jesteśmy gotowi do zjazdu. Jest dopiero 12.
Po dość nerwowym wspinie na wędkę, w rzęchowatym terenie i dotarciu na stanowisko do Agi okazuje się, że Tomek z Karoliną jednak też przyszli się wspiąć tutaj. Już po chwili dojeżdżają do nas i w ten sposób możemy zjednoczyć nasze siły, a raczej dwie 60 metrowe liny. No to znów zjadę sobie na dół! Idzie to trochę powoli, bo Brzózki pakując się na szybko nie wzięli podstawowych rzeczy. Mają teraz tylko dwa zakrętasy i jeden przyrząd, który po każdym zjeździe wędruje na górę, tworząc absurdalną sztafetę. Wszystko to trwa strasznie długo i na dole lądujemy koło trzeciej po południu. Na koniec czeka nas jeszcze tylko mały trawers w prawo, w kierunku podstawy filara. Miejsce do którego docieramy nazywamy rozdzielnią. Jest to wygodna półka leżąca parę metrów powyżej spokojnego dziś morza. Znajdują się nad nią liczne, solidnie wyglądające ringi stanowiskowe i to stąd zaczyna się większość dróg na klifie. Nas interesuje czwórkowo-piątkowe Spigolo. Droga biegnie początkowo po filarze, a później odbija w prawo na połogie płyty i wreszcie na 3 ostatnie wyciągi (z pięciu) wchodzi w system kominów. Tomek z Karoliną wybierają bardziej ambitną rutę La Croce del Sud, biegnącą filarem, za jedyne 6b!
Współpraca na drodze z Agą idzie nam świetnie - jesteśmy zgrani jak trybiki w zegarku. W końcu wspinamy się razem nie pierwszy raz. Przy okazji "pomagamy" też naszym sąsiadom, biorąc udział w ich zabawie w głuchy telefon, lub tłumacząc zawiłości znaczenia okrzyku "ile?". Nawet całkiem miło czasami z kimś pogadać w ścianie, gorzej gdy na drugim stanowisku słyszę od Tomka: "też masz takie ruszające się punkty na stanie? - bo moje zaraz wylecą!". Ale spoko u mnie są pancerne! Po dwóch wyciągach nasza droga wbija się w dość pogięty i urozmaicony komin, którym będzie już szła prawie do końca. Dzięki jego kształtom, można w nim wykorzystywać wszystkie najdziwniejsze techniki: zapieraczkę, ruchy robaczkowe, klinowanie całym organizmusem, a nawet dulfra!
Aż wreszcie wypełzam ze ściany przez ostatnią mini-przewieszkę na płaski jak stół szczyt, na którym siedzi Aga i asekurując mnie gada sobie z Tomkiem, który też już tu dotarł. No to w ścianie pozostał jeszcze tylko jeden nasz zawodnik. Pomimo zapadającego zmroku jego szanse na uratowanie są ogromne. W czasie kiedy Tomek słowem i czynem próbuje wesprzeć Karolinę w przedarciu się przez najtrudniejsze miejsce ich drogi, my idziemy po nasz plecak zostawiony w trakcie zjazdu. Moje stopy są tak obolałe, że idę na bosaka, gdyż normalne butki mam właśnie w worze. Przyjemność zejścia i przyniesienia plecka zostawiam Adze. Przy okazji obserwuję ostatnie ruchy Karoliny zdobywającej właśnie pik w zapadających już ciemnościach. Hura! Akcja górska zakończona. Drogi załojone. Możemy wracać do domu. Znów się udało. Tibor
Informacje o drogach na klifie można znaleźć na włoskich stronach: KomentarzeŻeby dodać swój komentarz, musisz się zalogować.
AKG Łódź 90-062 ul. Piotrkowska 132 tel. 636-35-43 klub@akglodz.org |
|