Góry o zachodzie słońca
Tomek Brzózka w okapie
AKADEMICKI  KLUB  GÓRSKI
<zawody
<wyniki
<zdjęcia
Małe logo Akademickiego Klubu Górskiego



Relacja z zawodów

by Adam Pustelnik

(zawodnik)


Sobota godzina 11.30. Wchodząc na salę liczyłem się z tym, że przyjedzie dużo ludzi. Poprzednie zawody były udane, ludziom się podobało, więc czego innego można się spodziewać. Ale o czymś takim nigdy bym nie pomyślał. Sala pęka w szwach. Z zawodów wspinaczkowych zrobił się istny exodus boulderowy. Są wszyscy: północ, południe, zachód, wschód i jeszcze dalszy wschód. Łącznie 100 zawodników!!! Dobra muza, uśmiechnięte twarze, pył magnezji w powietrzu - zapowiada się nieźle.

Eliminacje. Formuła jak zwykle luźna. Godzina na zrobienie 6 przystawek. Żadnej strefy ani stresu. Jak w skałach. Wszyscy spotują i prują się. Nie ma przegranych, są tylko bardziej i mniej zbułowani.

I zaczyna się impreza. Najpierw kobiety. Jest ich aż 10, co jak na warunki polskie uznać można za sukces. Startują zarówno uznane sławy, jak Iwona Gronkiewicz-Marcisz, jak i nowe twarze kobiecej sceny wspinaczkowej, jak Agnieszka Flakowicz. Godzina mija szybko. Do finału trafia szóstka najlepszych.

W międzyczasie pozostałe 90 napompowanych testosteronem tęgich buł analizuje listy startowe. Pojemność sali nie pozwala (niestety) na to by wszyscy wystartowali razem. Powstają 4 grupy startowe. Pecha mają ci, co są w ostatniej, bo musza czekać do 17 na start. Ale nie ma tego złego. Trochę gry w zośke, delikatne podrygiwanie do muzy - zawsze jakaś rozgrzewka. Pierwsza grupa. Gdyby nie Ukraińcy, którzy wciągnęli wszystko nosem, wydawać by się mogło, że przystawki do lajtowych nie należą. Druga grupa, a w niej najlepszy eksportowy zawodnik wspinaczkowej Polski - Tomek Oleksy i lokalny faworyt o krępej budowie - Mateusz "Kloper" Haładaj. Do końca eliminacji jeszcze tylko dwie grupy i wiadomo będzie, dla kogo jutro zagrają DJ Mono i DJ Funk. Przystawki są wymagające i nieliczni zawodnicy kończą wszystkie. Jednak dla tych, którzy przyjechali się tu dobrze pobawić nie ma to większego znaczenia. Do finału dostają się ci, którzy zrobili 5 z 6 problemów. W sumie 17 zawodników, z czego 10 rozgromiło eliminacyjnego potwora. Ale dzień się jeszcze nie skończył. Zawody na wieczór przenoszą się do pubu Amsterdam. To już trochę inna konkurencja chociaż nie trudno byłoby wyłonić zdecydowanych zwycięzców...

Niedziela. Z lekkim bólem głowy i doświadczeniem z dnia wczorajszego postanawiam przyjść jeszcze przed startem kobiet. Niewiele to pomaga, i tak muszę stać w ścisku gorszym niż w tramwaju w godzinie szczytu. Sala napakowana do oporu. Ludzie siedzą i stoją wszędzie. Na oknach, pod boulderami, w wejściu. Do tego jeszcze telewizja i zawodnicy w liczbie 23. Finały rozkręcają się szybko. Pierwsze kobiety. Każdy wykonany przechwyt poparty jest rykiem sali. Kolejne zawodniczki zachodzą coraz dalej. Przedostatnia Agnieszka Flakowicz, niesiona wrzaskiem stanowiącym doping, jako pierwsza kończy pierwszą przystawkę. Drugiej jednak już nie daje rady. Na salę wchodzi Renata Piszczek. Spokój, opanowanie, pewne ruchy - wszystkie bouldery on-sight'em. Chyba nikt nie ma pytań.

Jeszcze nawet nie wystartowali faceci, a już mam zdarte gardło. Zaczyna się. Muza przyspiesza, widownia zaciera ręce. Wystartowali pierwsi. Wygląda trudno. Pierwszy problem prowadzi po małych chwytach i wymaga nie lada przybloku. Drugi to monostrzał w dach i średnie klamki ze słabymi stopniami. Trzeci natomiast jest połączeniem siłowego wyjścia z daszku i delikatnych, aczkolwiek stanowczych pociągnięć na wejściu w połogie. Mało komu udaje się dojść dalej niż za 5. chwyt na pierwszej i 7. na drugiej przystawce. Walką popisują się Paweł Wyrwa i Grześ Napora - urywając dwa chwyty na pierwszym problemie. Co chwila ktoś gdzieś skacze, spada, napina się, ale czuć, że robi się coraz później i widowni potrzebny jest zastrzyk emocji. Takowy pojawił się na sali z 11. numerem startowym. Łodzianie go znają i wiedzą o jego niezawodnej hydraulice. Dla przyjezdnych Mateusz Haładaj jest tylko kolejnym nieznanym "bolkiem" w finale. Na pierwszym problemie zachodzi najdalej. Publika doskonale wie jak na to zareagować. Jako pierwszy w efektownym stylu kończy drugi problem. Na sali nie ma chyba nikogo, kto by nie wrzeszczał w dopingu. Trzeci boulder również pokonuje jako pierwszy i to z on-sight'u. Na sali istna euforia. Wszyscy się prują tak, że muzy prawie nie słychać. Do końca jeszcze 5. najlepszych po eliminacjach. Ale silniejszy już się nie znajduje. Ani dynamika Dawida Skoczylasa, ani płynność i precyzja Dymytro Konovalowa, ani doświadczenie Tomka Oleksego nie są w stanie pokonać człowieka z "Górnej".

Było wszystko, czego na porządnych zawodach potrzeba. Zabawa, emocje, muzyka, dobra atmosfera, silni zawodnicy, publiczność wypełniająca salę po brzegi i niespodzianka. Nie byłem jeszcze na zawodach, gdzie widownia tak spontanicznie i żywo reagowała na każdy ruch zawodnika. Według mnie, dla startującego nie ma większej nagrody niż poparcie i motywacja od widzów wyrażona w postaci ryku. Ponadto przy zachowaniu szybkiego tempa zawodów, chłopakom organizującym udało się uniknąć poślizgu czasowego. Wiele osób uznało, że były to nieoficjalne Mistrzostwa Polski. Nie zgadzam się z nimi kompletnie. Mistrzostwa Polski to kicha w porównaniu z tym, co się działo w Łodzi na Boulder Monsters 23-24 listopada 2002.

Poniedziałek. Nie mogę mówić, mam zdarte gardło...

Adam Pustelnik




Trzy słowa podziękowań

by Paweł Pustelnik

(organizator)


Już po zawodach. Było fajnie i było warto. Ale bez pomocy całego sztabu osób impreza ta nigdy by się nie odbyła. Wypada wiec podziękować:

Sponsorom, czyli firmom: DANAK, mBank, GIEWONT, ATEST, Sklep Turysty, ROBO-KOP.

Wszystkim osobom bezpośrednio uwikłanym w organizację: Szafa (zbyt wiele by wymieniać za co), Kliki, Grendi, Bartek, Kinder, Rooster, Szymon, Sławek, Łukasz (za 4 dni harówki na ścianie - kto przeżył ten wie), Ula, Żuchol, Marcin (za sprawiedliwe sędziowanie ;) ) Kloper (za projekt koszulki), Barney&Mono (za beaty nie do zapomnienia), Tibor&Gabryś (za to że odkręcali), Kuba&Przemo (za sprzęt).

Organizatorom Festiwalu Gór, którego BoulderMonsters był częścią: Jackowi Sikorze i Zbyszkowi Łuczakowi za współpracę i dużą pomoc jakiej nam udzielili.

I w końcu zawodnikom za to, że chciało im się przyjechać na ten koniec świata, w nieprawdopodobnej ilości i zagrać główne role w tym spektaklu ;))

Do zobaczenia na kolejnych zawodach - mam nadzieję jeszcze lepszych, mam nadzieję niedługo....

Paweł Pustelnik
AKG  Łódź 90-062  ul. Piotrkowska 132  tel. 636-35-43  klub@akglodz.org