Kiedy nie ma jak się wycofać... ...ani zjechać
5 stycznia 2004
Plaża...
Poranek...
Sperlonga...
Szumi morze...
"Wspiął bym się..."
Leżę przed namiotem...
"Co by tu dzisiaj załoić..."
Grzeje cieplutkie słoneczko...
"Drogi na klifie już mnie nudzą..."
Poldek Makarów odstawiony do serwisu...
"W grocie dla mnie zostały tylko jakieś extremy..."
"Jakbyś naprawdę chciał się tam wspiąć, to byś już dawno poszedł..."
To słowa Makara, które nie pozwalają mi się skupić na niczym innym. A mowa jest o pięknym klifie w Gaecie - 120 metrowym kawałku skały sterczącym z morza, o którym słyszałem to i owo od znajomych, jaki to tam jest super wspin. Marzę o nim od dłuższego już czasu. Spędza mi on sen z powiek od dwóch miesięcy - od momentu kiedy się dowiedziałem, że jedziemy do Sperlongi.

Oto nasz cel - Montagna Spaccata
Zdjęcie pochodzi ze strony www.climbonthe.net, udostępnił Giulio Cavalli.
A teraz są właśnie idealne warunki na wybranie się tam: świeci słońce, wiatru nie ma, morze spokojne i ani jednej chmurki na niebie. W dodatku jest poniedziałek, więc szansa spotkania kogoś na drodze drastycznie maleje.
To czemu właściwie tam nie idziemy jeszcze?
Ano właśnie. Jest dopiero (a może już) 10 godzina. Niech tylko Aga wróci z kibelka - zaraz się jej zapytam co ona na to. W tym czasie robię poranny obchód po plaży i po namiotach znajomych w poszukiwaniu sojuszników do szturmu urwiska. Na pierwszy ogień idą Brzózki. Niestety na moje stanowcze pytania dotyczące planów na najbliższe godziny, uzyskuję dość pokrętne i niejednoznaczne odpowiedzi Tomka. Co ta jego śpiąca kobieta zrobiła z tym człowiekiem?! Gdzie w nim ten spręż, duch walki? No nic, myślę sobie, może moja nadchodząca właśnie połówka ma lepsze nastawienie do nadmorskiego wspinania.
Niestety Aga jest jeszcze zajęta suszeniem włosów i przez mokrą czuprynę nie dociera do niej powaga mojego pytania czy chce tam iść. Ok - czekam grzecznie, aż skończy poranną toaletę, tylko że ten cholerny czas nieubłagalnie płynie! No ale sam przecież nie pójdę. Wreszcie! Moja propozycja dociera do Aga-ckiej. Nawet się jej chyba podoba. Doskonale! Teraz trzeba tylko zrobić szybki przepak szpeju, żarcia i kilku najpotrzebniejszych rzeczy i w drogę. Acha i jeszcze ustalić kilka kwestii z Makarami - jak dojść, zjechać, co zabrać.
O jedenastej jesteśmy już w drodze do Gaety odległej o ok. 3 km. W miasteczku czekają nas jeszcze kolejne 3 kilometry, ale to już prawie jakbyśmy byli na miejscu. Samochodem jedzie się tam tylko parę minut, ale nie tym razem. W każdym razie wcześnie nie jest, dajemy więc raźno z buta. Słoneczko świeci, plecaki ciążą, a my szybko zostajemy tylko w podkoszulkach. I nie wiadomo kto jest bardziej zszokowany: Włosi nami, że jesteśmy tak rozebrani, czy my ich iście zimowymi strojami. No ale fakt - jest styczeń, a więc pełnia włoskiej zimy (objawiającej się tu rosnącymi cytrynkami). Do rozwiązania pozostaje nam jeszcze tylko jeden problem, a mianowice zakup wody - bez niej Aga nawet nie chce wchodzić w drogę - i ma rację. Zakupu w wyniku moich złych informacji, zamiast w markecie, dokonujemy w najdroższym chyba barze w okolicy. Ale jakie to ma znaczenie, kiedy wiem, że za chwilę czeka mnie jedna z najfajniejszych i najpiękniejszych wspinaczek.

Fotka za szczytu klifu w kierunku cypla z zaktórego przyszliśmy
Po drodze do Gaety cały czas przeżywam jak to będzie fajnie i cudownie się tam wspinać. Wiem o klifie prawie wszystko: mam wydrukowane z netu mapki ściany i opisy dróg z wycenami wyciągów. Wiem dokładnie na co chciałbym pójść. Próbuję też ustalić z Agą już za wczasu kto który wyciąg poprowadzi, ale słyszę tylko wymijające "zobaczymy".
I wreszcie docieramy na szczyt klifu. Bez problemu znajdujemy przejście przez krzaczory do miejsca skąd się rozpoczynają zjazdy do podstawy ściany. Pierwszy zjazd wygląda całkiem sympatycznie: nowiutki łańcuch, szekle - porządny stan - widać, że zadbane wszystko. No i króciutki taki jakiś, zaledwie 10m. Luksus.
Szykujemy się. Za radą Makarów większy plecak ze zbędnymi betami postanawiamy zwieźć i podczepić pod II stanowisko - lepsze to niż chowanie po krzaczorach, tylko trzeba potem wykonać dodatkowy zjazd i wrócić na górę. Drugi plecaczek, mniejszy i tylko z niezbędnymi rzeczami bierzemy ze sobą. Oszpejeni i obuci jesteśmy gotowi do zjazdu. Jest dopiero 12.

No to jedziemy
Na dole jest chłodno, a słońce już tak przyjemnie nie grzeje. Aga bez zastanowienia oddaje mi prowadzenie, licząc na to, że tak będzie szybciej. Startujemy z drugim zespołem prawie równocześnie, choć dół obu dróg jest wspólny. Na szczęście ringi są tu tak duże, że idąc dwie wpinki za Tomkiem wpinam swoje ekspresy pod jego, mając nadzieję, że kto jak kto, ale Tomek w tym łatwym terenie nie poleci. Przyznać trzeba, że obicie jak na mój gust jest perfekcyjne: nowiutkie, duże ringi, w miarę gęsto jak na trudności, no i te porządne stanowiska, nierzadko z 3-4 ringów (to chyba dla 2 zespołów). Zdając sobie sprawę z godziny którą mamy i długości drogi (120 m.) grzeję do góry w bardzo zdecydowany sposób. Nie kombinuję za dużo, nie ustawiam się, tylko łapię i ciągnę z czego popadnie, wpinając się po drodze. A chwyty są cudowne: klameczki większe lub mniejsze, ale zawsze. Jedyne miejsce, które mnie lekko stopuje to przejście z trawersu do góry po "hejszowińskich" chwytach, ale i z tym jakoś sobie radzę. Szkoda, że nie ma czasu na delektowanie się tą piękną drogą. Za to po dotarciu na stanowisko i ściągając Agę, mogę choć trochę popodziwiać widoczki... i Tomka zmagającego się obok z filarem na tle wpadającego powoli do morza słońca. Szkoda, że aparat właśnie teraz przestał działać i nie mogę robić żadnych zdjęć.

Podstawa klifu
Po 3 wyciągu prowadzenie przekazuję Adze. Słońce jest coraz niżej, ale za to my coraz wyżej, co daje nam pewien komfort psychiczny. Aga raźno bierze się do pracy i powoli znika mi za załamaniami komina, tylko wybierana wciąż lina, świadczy że prze naprzód. A już po chwili słyszę jej nawoływania mówiące mi, że mogę iść. I wszystko byłoby dobrze gdyby nie ból palców w ciut za ciasnych butach. Ile to już godzin ich nie zdejmowałem? Odkąd zaczynaliśmy zjazdy... czyli jakieś 4-5. Masakra. Pozostałe dwa wyciągi idę na drugiego, próbując stawiać stopy tak, aby oszczędzić palce; czyli na krawądkach, piętach, całych podeszwach lub wcale. Na szczęście to komin i tu takie sztuki są możliwe.
Aż wreszcie wypełzam ze ściany przez ostatnią mini-przewieszkę na płaski jak stół szczyt, na którym siedzi Aga i asekurując mnie gada sobie z Tomkiem, który też już tu dotarł. No to w ścianie pozostał jeszcze tylko jeden nasz zawodnik. Pomimo zapadającego zmroku jego szanse na uratowanie są ogromne. W czasie kiedy Tomek słowem i czynem próbuje wesprzeć Karolinę w przedarciu się przez najtrudniejsze miejsce ich drogi, my idziemy po nasz plecak zostawiony w trakcie zjazdu. Moje stopy są tak obolałe, że idę na bosaka, gdyż normalne butki mam właśnie w worze. Przyjemność zejścia i przyniesienia plecka zostawiam Adze. Przy okazji obserwuję ostatnie ruchy Karoliny zdobywającej właśnie pik w zapadających już ciemnościach. Hura! Akcja górska zakończona. Drogi załojone. Możemy wracać do domu. Znów się udało.

Górne wyciągi filara
www.climbonthe.net
...i jeszcze jeden wykaz dróg na klifie i skałoplan.