Les CalanquesBył to mój pierwszy wyjazd na "west", wyjazd, który istniał w mojej głowie na długo przed jego realnym pojawieniem się. Przygotowywałem się do niego, zarówno mentalnie jak i fizycznie już od końca wakacji. Nękałem wszystkich wokoło różnymi pytaniami, a odpowiedzi, które otrzymywałem w coraz większy i wyrazisty sposób kreowały moją wyimaginowaną wizję wspinaczkowej przygody. A była ona pełna ciepłych, a w zasadzie upalnych dni, wypełnionych wielogodzinnymi "przygodami" w ścianie. Piękne, techniczne wspinanie w różnokolorowej skale, a w oddali niebieściutkie, spokojne (albo i nie) morze. Wieczorami rozmowy, spostrzeżenia i radości wynikające z pierwszych sukcesów, a także wspomnienia i opowiastki, szczególnie tych starszych kolegów. Z takim mniej więcej obrazem pojawiłem się na dworcu autobusowym w sobotę 20 grudnia 03 r. o godzinie 13.15. Niespodziewanie dla mnie i chyba nie tylko, przygoda rozpoczęła się już na pół godziny przed planowanym odjazdem. Okazało się, iż nasz współtowarzysz podróży zapomniał zabrać śpiwora. Z wiadomych wszystkim powodów, rzecz nie była błaha i trzeba było jej szybko zaradzić, tym bardziej, że czas naglił. Szansą na wybrnięcie z tej sytuacji była pomoc naszej koleżanki Julii, która mieszkała nieopodal i zaoferowała ,że pożyczy biednemu nieszczęśnikowi brakujący "sprzęt". Jednak ostatecznym wybawieniem okazał się telefon komórkowy i szczęście, które chyba towarzyszyło nam już do końca wyjazdu. Po krótkiej rozmowie rodzinnej, śpiwór został dostarczony poszkodowanemu. Potem kilka problemów z listą pasażerów oraz miejscami w autokarze i wreszcie droga między Łodzią a Marsylią zaczęła się skracać. Podróż minęła równie ekscytująco. Na granicy polsko - niemieckiej spotkało nas małe "trzepanko", które opóźniło przyjazd autokaru do Francji o 3 godziny. Rozpakowywanie plecaków i przesadne przeszukiwanie naszych rzeczy, bardzo nas wkurzyło, .chociaż niektórzy z nas próbowali załagodzić niepotrzebne "ciśnienia" z naszymi sąsiadami zza zachodniej granicy …
• • •